Ostatnia droga Homo sapiens


Dzisiaj pogadamy o randce. Nie takiej z Tindera, gdzie najwyższym ryzykiem jest to, że laska przypomina gigantycznego leniwca zamiast wampa z profilowego, a rachunek za ekologiczną sałatkę i smoothie zwali was z nóg. Pogadajmy o randce, na jaką nasz gatunek umówił się z Leniwcem na energetyku, czyli własną pychą i głupotą jakieś sto lat temu. A wiecie, co jest w tym najlepsze? Właśnie kelner przynosi nam rachunek. Panienka czeka, aż wyciągniemy portfel. I wtedy wchodzi kapitan Genetyka – nie mamy przy sobie nawet karty lojalnościowej, o gotówce nie wspominając.

ANATOMIA UPADKU

Przez ostatnie stulecie ludzkości wydawało się, że wygrała na loterii. Nauka i medycyna stały się nową religią. Byliśmy jak nastolatek, który dorwał się do karty kredytowej rodziców i uznał, że dziś odpierdoli najlepszą imprezę urodzinową w historii świata. Kupowaliśmy antybiotyki na każde kichnięcie, operacje korygujące płatek ucha, wymienialiśmy zęby na tytanowe. Terapie genowe za miliony dolarów pozwalały przeżyć noworodkom, które w normalnych warunkach nie miałyby szans wyjść poza wiek niemowlęcy. I żeby było jasne – z punktu widzenia moralności to było wspaniałe. Kto nie chce ratować chorych dzieci? Kto z nas nie cieszy się, że współczesna chirurgia potrafi naprawić wadę serca u płodu? Byliśmy z siebie dumni. Za dumni. Postawiliśmy pomnik humanitaryzmowi i uznaliśmy, że dobór naturalny – ten stary, bezwzględny dziadyga, który przez miliardy lat ganiał nas po sawannie i kasował każdego spóźnialskiego – właśnie odszedł na emeryturę. Współczesna medycyna spojrzała ewolucji prosto w twarz i powiedziała: „Spadaj dziadu!”.
I wiecie co? Ewolucja rzeczywiście spakowała manatki i odeszła. A przynajmniej udawała. Siadła w gabinecie obok, wyciągnęła gruby, analogowy notes i ołówek, odpaliła kalkulator na baterię słoneczną i zaczęła liczyć. Ewolucja to nie ten miły pan z brodą na chmurce ani roznegliżowany Big Lebowski. Ewolucja jest chłodną jak lód i do bólu pragmatyczną suką. Nie ma serca. Nie obchodzi jej, czy segregujecie plastikowe korki, albo płaczecie na filmach o słodkich pieskach kosmitach. Interesuje ją tylko jedno: bilans zysków i strat w kodzie genetycznym.
Przez dekady karmiono nas opowieściami z gatunku sci-fi. Te wszystkie wielkie, spektakularne końce świata. Nadlatuje asteroida wielkości Teksasu, Bruce Willis wsiada w prom kosmiczny, montuje bombę i po krzyku. Albo genialne nastolatki zamarzają w środku Nowego Jorku, wilki chcą zjeść bachory, lecz pojawia się Pan Tata. Miło, czysto, higienicznie i drętwo aż do zrzygania.
Biologia to nie Hollywood. Zabija po cichu, nudno i przy użyciu matematyki. W przeciwieństwie do polityków czy influencerów – nie ma zwyczaju kłamać. Od momentu, kiedy zaczęliśmy produkować penicylinę i sterylizować sale operacyjne, licznik zaczął nieubłaganie świecić na czerwono. Stworzyliśmy instalację, w której wyłączyliśmy bezpieczniki. Jeśli przez miliony lat rodził się osobnik ze słabym wzrokiem, wadą zastawek albo upośledzonym metabolizmem – natura kasowała go z puli genowej, zanim zdążył przekazać swoje trefne karty kolejnemu rozdaniu. Bezwzględne? Tak – lecz matryca biologiczna pozostawała sprawna. Odpalmy ten kalkulator. Wjeżdża twarda matematyka, o której nikt wam nie opowie w programach śniadaniowych, żebyście nie dostali zawału między jedną a drugą reklamą suplementów na wzdęcia.
Oficjalne raporty demograficzne z pierwszej ćwierci XXI wieku, w tym publikacje na łamach The Lancet czy analizy ONZ, uspokajały opinię publiczną. Twierdzili, że globalny współczynnik dzietności (TFR), który w latach 50. wynosił 5,0, około roku 2050 spadnie do poziomu 1,8. No, stabilizacja, delikatne starzenie się społeczeństwa, nic nadzwyczajnego. Śpijcie spokojnie i na dobranoc dawka różowego gluta. Mamusia technologia o Was zadba.
Tyle że ci wszyscy eksperci zza biurek zapomnieli dodać do swoich arkuszy kalkulacyjnych jednego nazwiska: Michael Lynch.
W 2016 roku ten wybitny genetyk opublikował w czasopiśmie Genetics przełomową pracę pod tytułem „Mutation and Human Exceptionalism: Our Future Genetic Load”. Lynch czarno na białym wykazał, że nowoczesna medycyna i technologia wyłączyły dobór naturalny u ludzi. Efekt? Nasza sprawność biologiczna zaczęła spadać w tempie około 1% na pokolenie z powodu lawinowej akumulacji szkodliwych mutacji. Każdy noworodek rodził się z bagażem od 50 do 100 nowych błędów w kodzie DNA. Gość pisał prawdę, mainstream pukał się po łebku, zakombinował i uznał, że nigdy nie jest tak źle, jak mówią przepowiednie. Miał być rok 2000. Nie było. Potem skończył się kalendarz Majów… w 2012. No i nic nie gruchnęło. Hura! Może akurat jakimś cudem zyskaliśmy dodatkowe 28 lat? A może to był ten sygnał, żeby oprzytomnieć, zamiast kręcić lody na gigantycznej karuzeli?
Otóż nie zyskaliśmy. Genetyk Michael Lynch i tak okazał się cholernym optymistą, który "maksymalnie zminimalizował" straty. Chcecie prawdziwego tąpnięcia? Zostawmy na chwilę teorię mutacji i zajrzyjmy panom w gatki, bo tam kalkulator ewolucji świeci już na purpurowo. Z twardych danych medycznych wynika, że od lat 70-tych ubiegłego wieku globalna ilość i koncentracja plemników u facetów zjechała o równe 50 do 60 procent. Ponad połowa męskiej amunicji wyparowała w zaledwie kilkadziesiąt lat. Mało tego – po dwutysięcznym roku ten biologiczny zjazd bez trzymanki jeszcze podwoił swoje tempo.
Rozumiecie to? Współczesny facet ma w sobie ułamek potencjału biologicznego, co jego pradziadek, który pił wodę z rowu, zagryzał niemytym jabłkiem z robakiem, tyrał w polu przez dwanaście godzin i dożył setki bez wizyty u lekarza. Dzisiaj przeciętny trzydziestolatek z korporacji dostaje wstrząsu anafilaktycznego od śladowych ilości orzeszków ziemnych, na widok pyłków brzozy puchnie jak utopiec, a bez odpowiednio dobranych probiotyków i bezglutenowej diety jego układ trawienny ogłasza upadłość konsumencką. Nie wińmy „chemii” w parówkach. Ewolucja nie jest wychowawczynią z podstawówki, wcale się na nas nie uwzięła. Ze stoickim spokojem wystawiła fakturę za sto lat życia w plastikowym, wysterylizowanym akwarium, w którym sami wyłączyliśmy bezpieczniki.
Zostaliśmy z dziurawą kieszenią i luksusową limuzyną, w której co prawda wciąż działa podgrzewanie foteli i ekran dotykowy, ale pod maską mechanik zamiast śrub użył plastikowych trytytek i szarej, ordynarnej "Tape Duct". „Panienka” przy stoliku tinderowej apokalipsy może sobie zamawiać kolejne smoothie i udawać, że nie widzi kelnera. Prawda jest o wiele gorsza - nasz gatunek bankrutuje na poziomie podstawowych komórek. Auto jedzie? Jedzie. Ale do pierwszego mocniejszego wyboju.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

RAPORT OPERACYJNY: ARCHITEKTURA LOGISTYCZNA PROTOKOŁU „OUT OF AFRICA”

RAPORT Z KATAL-UR LOG 01: MIEDZIANE PIEKŁO KATAL-UR

SARS-CoV-2: SREBRNA POPULACJA NA CELOWNIKU