ELON MUSK i NIETOPYRZE
PROLOG: KARTONOWY MARS
Sufit gabinetu drżał od niskiego, głębokiego dudnienia, które wibrowało w kościach wszystkich zebranych. Za panoramicznymi oknami teksańskiej kwatery głównej SpaceX nie było już błękitnego nieba. Pacyficzny Pierścień Ognia właśnie eksplodował, plując w atmosferę milionami ton magmy i pyłu. Horyzont płonął brudną rdzą, a z góry, niczym w jakimś upiornym śniegu, opadały ciężkie, szare płatki wulkanicznego popiołu, powoli grzebiąc luksusowe Tesle zaparkowane w dole. Ziemia dosłownie pękała w szwach. Na samym środku gabinetu, na potężnym, designerskim stole z białego marmuru, stało gigantyczne, brązowe pudło z siedmiowarstwowej tektury. Na jego boku widniało wielkie, czarne logo X oraz jaskrawa naklejka: „FRAGILE – DO NOT DROP”. Wokół stołu, w śmiertelnym paraliżu, sterczeli członkowie zarządu holdingu. Dyrektor finansowy w bezsilnym amoku miętosił w dłoniach najnowszy raport giełdowy, a wiceprezes ds. operacyjnych nerwowo wycierał pot z czoła. Wszyscy mieli na sobie warte tysiące dolarów garnitury, teraz pokryte cienką warstwą szarego pyłu, który bezwzględnie wdzierał się przez filtry klimatyzacji. Kolejna fala lawy za oknem rozświetliła apokaliptyczny pejzaż, rzucając na ściany długie, neurotyczne cienie.
Milioner stał na krawędzi marmurowego blatu. Ubrany w lekko pogniecioną koszulkę z napisem „Occupy Mars” oraz legendarny, szyty na miarę garnitur Kiton K50 z linii Bespoke Vicuna. Lżejszy niż puch, materiał o głębokim, naturalnym purpurowo-śliwkowym, jedwabistym odcieniu odbijał tłum przerażonych twarzy zafiksowanych na wizjonerze, który już dawno opuścił tę rzeczywistość. W dłoni CEO tkwił satelitarny telefon. Z głośnika dobiegał trzaskający, pełen paniki wrzask prosto z Houston.
– Elon, to absolutne szaleństwo! – krzyczała dyrektor ds. operacji lotniczych NASA. – Cały Teksas jest ewakuowany! Pył wulkaniczny zatyka silniki odrzutowe, systemy padają, nie ma żadnego okna transferowego! Słyszysz mnie?!
Musk uśmiechnął się lekko pod nosem, całkowicie ignorując głos rozsądku. Uniósł głowę, spojrzał na zamarły z przerażenia zarząd i obwieścił z lodowatym, mesjańskim spokojem:
– Ziemia to tylko kołyska, panowie. Czas ją opuścić. Przechodzę na zasilanie wewnętrzne.
Z tymi słowami, zwinnym ruchem, wskoczył prosto do wnętrza wielkiego kartonu po serwerze rackowym. Na dnie głośno zaszeleściła folia bąbelkowa, gdy miliarder skulił się w pozycji embrionalnej, bezlitośnie gniotąc warty fortunę materiał z wigonia i podciągając kolana pod samą brodę. Przez moment jego ekscentryczna, blada twarz wystawała ponad krawędź tektury. Spojrzał prosto na stojącego obok mężczyznę w roboczym kitelku i spawalniczych okularach zsuniętych na czubek głowy. Był to Parpatou. Technik II stopnia, którego identyfikator głosił skrajnie niepokojącą specjalność: „Dezintegracja Biologiczna Brandu”. Parpatou miał twarz człowieka, który w strukturach SpaceX widział już zbyt wiele „resetów” i dawno przestał zadawać jakiekolwiek pytania.
– Sam, zamknij właz – skomenderował Musk z głębi pudła, a jego głos zaczął już brzmieć nienaturalnie metalicznie. – Uwięź tlenowa musi być szczelna. I podaj koordynaty z kontroli lotów.
Technik skinął głową z mechaniczną, przerażającą precyzją. Dłonie mu nawet nie drgnęły, kiedy chwycił za grube, sztywne klapy kartonu i zdecydowanym ruchem zagiął je nad głową miliardera, odcinając od błyskających światła gabinetu. Następnie sięgnął do bocznej kieszeni fartucha i wyciągnął szeroką, szarą taśmę naprawczą. W gabinecie rozległ się bezwzględny, niczym odtajnione akta, dźwięk: CHRZSZSZSZ... CHRZSZSZSZ...
Parpatou metodycznie, centymetr po centymetrze, oklejał każdą szczelinę kartonowego grobowca. Doskonale rozumiał specyfikę swojej pracy i wiedział, jaki proces właśnie pieczętuje. Zarząd wpatrywał się w to widowisko w absolutnym milczeniu. Nikt nie odważył się podejść, nikt nie protestował. Ciszę przerywał ją jedynie huk rozrywanych w oddali wulkanów i miarowy stukot popiołu uderzającego o szyby.
Nagle z głębi szczelnie zamkniętego, ciemnego pudła dobiegł stłumiony, ale wciąż fanatycznie pewny siebie głos:
– Tu Ares One. Systemy podtrzymywania życia: stabilne. Odliczanie rozpoczęte. Trzy... dwa... jeden... Odpalamy! Podajcie wektor, słyszycie mnie?! Houston, podajcie koordynaty!
– Zrobić dziurkę do oddychania, Sir? – zapytał chłodnym, profesjonalnym tonem technik.
Karton ani drgnął - stał nieruchomo na luksusowym marmurze. Nie było błękitnego światła, nie było zaawansowanej technologii antygrawitacyjnej ani kosmicznej magii. Było tylko brązowe pudło z napisem „FRAGILE”, wewnątrz którego najbogatszy człowiek świata, zamknięty w totalnej duchocie i mroku, zaczął nerwowo się wiercić, wciąż krzycząc do telefonu satelitarnego.
Parpatou powoli schował rolkę taśmy z powrotem do kieszeni, czule pogładził ręką chropowatą tekturę, i przyciągnął bliżej wózek transportowy.
Dyrektor finansowy, trzęsącym się głosem i z oczami wielkimi jak pięciozłotówki, wykrztusił:
– I... i co teraz? Co on tam właściwie robi?
Technik spojrzał na grube warstwy popiołu za oknem, potem na porzucony na stole raport giełdowy i odpowiedział z kamienną twarzą:
– To, co zawsze, Panie Dyrektorze. Odlatuje. A panowie niech lepiej szukają masek gazowych, bo nasz zarząd właśnie bezpowrotnie stracił łączność z bazą.
Parpatou zablokował koła wózka i zaczął przesuwać pudło w stronę krawędzi stołu, szykując je do ostatecznego załadunku, podczas gdy z wnętrza tektury wciąż dobiegało rytmiczne, coraz słabsze dudnienie imitujące start rakiety.
I ZASILANE KWASOWO -OGÓRKOWE
W głębi jaskini, gdzie nie docierał kwaśny oddech Pierścienia Ognia, czas płynął inaczej. Odmierzały go krople wody kapiące z nacieków wapiennych bezpośrednio na pordzewiałą obudowę serwera testowego. Półmrok postapokaliptycznej jaskini rozświetlała seledynowa łuna ogniska, w którym powoli tliły się sprasowane resztki deski rozdzielczej starej Tesli i wysuszone karty dawnych katalogów modowych. Na zardzewiałej beczce po chemikaliach stał zakurzony laptop, którego matryca drżała pod wpływem systemowych przeciążeń. Miarowo migał na nim komunikat: „ŁADOWANIE ŚWIADOMOŚCI: 99%”.
Na środku laboratorium standaryzował swoją pozycję Elon Musk. Jaskrawofioletowy, markowy garnitur nosił wyraźne ślady jaskiniowego rzemiosła. Tkanina była sztywna od soli, a na łokciach – niczym pokraczna pajęczyna – wiły się misterne, czarne szwy wykonane z ludzkich włosów.
Obok, z dłońmi owiniętymi brudnymi szmatami, stał technik - Sam Paspartou. Spod prowizorycznych bandaży sączyła się mętna solanka, którą bez przerwy wcierał w fioletowy materiał, z boku głowy na skórze czerwieniały małe ślady po wyrwanych cebulkach – było jasne, że stamtąd pochodziły nici trzymające symbol dawnego luksusu w całości. Mimo potwornego zmęczenia i gogli spawalniczych na nosie, zachowywał absolutny, inżynieryjny spokój.
Nagle ekran laptopa zaczął gwałtownie przygasać. Wskaźnik zasilania krytycznie spadł.
— Spadek napięcia na głównej magistrali, szefie — zameldował rzeczowo Sam. — Przechodzę na zasilanie rezerwowe.
Błyskawicznie chwycił dwa kable rozruchowe. Jeden koniec wpiął w gniazdo laptopa, a wielkie, zębate krokodylki z rozmachem zanurzył w trzylitrowym słoiku z gęstwą solanką. Wewnątrz, między kryształkami soli, dryfował przedpotopowy ogórek kiszony. Woda momentalnie zabulgotała. Zielonkawy ogórek rozbłysnął wewnętrznym, upiornym światłem, działając jak stabilne, organiczne ogniwo.
Na ekranie komputerowym wyświetlił się nowy komunikat: „ZASILANIE Kwasowo-Ogórkowe: Stabilne”.
— Architektura systemu zabezpieczona. Może pan zaczynać transmisję — dodał Sam, cofając się o krok z profesjonalnym dystansem.
Wokół szyi CEO biegły grube, miedziane przewody. Odsłonięte końcówki wchodziły pod sztywny od soli kołnierz, a z drugiej strony łączyły się z prowizorycznym hełmem z folii aluminiowej na głowie nietoperza. Zwierzę wisiało nieruchomo na pręcie zbrojeniowym wbitym bezpośrednio w wapienną ścianę. Z samych drutów, niczym pranie na sznurku, dyndało kilka zużytych torebek herbaty Lipton. Ich żółte karteczki drżały delikatnie w rytm jaskiniowego przeciągu.
Elon wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Przeszedł w tryb pełnego skupienia. Gwałtownie napiął mięśnie karku, sprawiając, że sztywny od solanki kołnierz marynarki zatrzeszczał cicho. Przez druty na szyi przebiegła zielonkawa, słona iskra, która z trzaskiem minęła wiszące torebki Liptona, uwalniając syntetyczny aromat spalonej cytryny. Wizjoner stęknął cicho, zmuszając interfejs do wygenerowania w mózgu ssaka idealnego, matematycznego kwadratu.
Nietoperz niespiesznie otworzył oba ślepia. Zaczęły świecić tym samym elektrycznym blaskiem, co kiszony ogórek w słoiku. Zwierzę spojrzało na napiętego miliardera, po czym wyemitowało krótką, niesłyszalną dla ludzkiego ucha serię ultradźwięków.
W tym samym ułamku sekundy na jaskrawofioletowej klapie marynarki Elona, dokładnie na wysokości serca, materiał stracił pigment. Przebarwił się w idealny, perfekcyjnie symetryczny biały okrąg – przecinając przy tym dwa szwy z ludzkich włosów Sama, które momentalnie zwinęły się i zwęgliły. Nietoperz dokonał natychmiastowego, bezdotykowego przebudowania struktury atomowej tkaniny.
Sam postąpił krok naprzód. W lewej, owiniętej szmatą ręce trzymał nadłamany talerz ceramiczny, w prawej — zakopcony szpikulec z upieczonym nad ogniskiem krewniakiem testowanego osobnika. Ocenił wzrokiem zarówno biały okrąg na fiolecie, jak i stan naładowania matrycy.
— Kalibracja zakończona anomalną modyfikacją struktury molekularnej garnituru. Naruszenie integralności strukturalnej szwów włosianych. Zanotuję w logach — stwierdził rzeczowo. Następnie spojrzał na zegarek. — Wybiła godzina trzynasta. Przerwa na lunch. Czy reflektuje pan na skrzydełko, czy na nóżkę?
Elon powoli otworzył jedno oko. Spojrzał najpierw na skwierczące na szpikulcu mięso, potem na idealny okrąg na piersi, a na koniec na świecący słoik z ogórkiem. Jego twarz pozostała całkowicie niewzruszona. Zachował pełną powagę lidera projektu.
CEO skinął głową z aprobatą, nie rozluźniając ani na chwilę mięśni karku.
— Dobrze. Przyjmijmy nóżkę. Przeanalizujemy strukturę drożdży pod kątem nowej aktualizacji systemu operacyjnego.
— To za chwilę - Sam odłożył talerz z pieczonym gackiem na płaski głaz. Elon z nienaturalnym skupieniem analizował anomalię geometryczną na garniturze. Blask w ślepiach wiszącego na ścianie nietoperza zdążył już zgasnąć, ustępując miejsca matowej czerni.
— Nie rozumie pan, prawda? — zapytał Sam, wyciągając zza ucha porysowany ołówek i otwierając zatłuszczony notes.
— Wygenerowałem kwadrat, Sam. Idealny, matematyczny kwadrat — powiedział Elon zachrypniętym głosem, masując obolały kark. — Dlaczego wyszło koło?
Sam westchnął i wskazał ołówkiem na majtające się "saszetki” — To stabilizatory. Przeprowadziliśmy właśnie pierwszą próbę organicznej rekonfiguracji materii. Pana mózg zadziałał jak stacja nadawcza. Narzucił pan swoją wolę – ten idealny kwadrat – i pchnął impuls synaptyczny. Sól na pana kołnierzu zadziałała jak prymitywny wzmacniacz elektrolityczny. Stąd iskrzenie. Asystent podszedł bliżej i ostrożnie, czubkiem ołówka, dotknął krawędzi odbarwionego materiału na marynarce miliardera. — Sygnał dotarł do hełmu obiektu — kontynuował Sam. — Zwierzę odebrało pana cyfrową myśl i przetłumaczyło ją na swój własny język: serię ukierunkowanych ultradźwięków o ekstremalnej częstotliwości. Te fale uderzyły w pana marynarkę.
— I zmieniły strukturę atomową tkaniny — dokończył Elon, dotykając zbielałego miejsca. Materiał w tym punkcie był zimny i dziwnie gładki, pozbawiony pierwotnej faktury.
— Dokładnie. Wybiły pigment i przesunęły atomy w ułamku sekundy — przytaknął Sam, robiąc szybki zapisek w notesie. — Ale dlaczego okrąg zamiast kwadratu? Zwierzęcy mózg nie toleruje kątów prostych. Natura operuje falami i obłościami. Nastąpił błąd translacji na linii człowiek-maszyna-ssak. Dodatkowo, energia boczna była tak duża, że szwy się zwęgliły. System zadziałał, ale matryca biologiczną zniekształciła pana projekt. Sam zamknął notes z głośnym klapnięciem i ponownym gestem wskazał na dymiący talerz z jaskiniowym posiłkiem. — Krótko mówiąc: potrafimy już bezdotykowo zmieniać rzeczywistość za pomocą nietoperza, ale sprzęt wymaga kalibracji. A teraz, zanim zaczniemy pisać łatkę na ten błąd... Liczebność obiektów testowych drastycznie spada. Ludzie z tyłu jaskini zaczynają polować na szczury, a bez stabilizacji biosfery nie utrzymamy matrycy. Muszę iść i dogadać się z nimi w kwestii parytetu dystrybucji gryzoni.
Elon, wciąż zamrożony w bezruchu pod miedzianym oplotem, nie poruszył ani jednym mięśniem.
— Wykluczone. Nie będzie żadnych negocjacji z dzikim sektorem — zadecydował lodowatym, biznesowym tonem. — Szczury to nieautoryzowane, pirackie kopie nietoperzy. Łamią prawa autorskie naszej fauny. Za każdego zjedzonego szczura potrącimy im pięć punktów z ich cyfrowego Neuralinka. To zmusi ich do powrotu do oficjalnych kanałów dystrybucji białka.
Sam Paspartou oderwał wzrok od swoich poranionych rąk i spojrzał na miliardera z głębokim, politowaniem.
— Sir, Neuralink wyładował się pięć miesięcy temu. Całkowicie. Z pana szyi wystaje teraz tylko zardzewiały drut, a na samym dole, tuż przy kołnierzu, wyrósł i wisi wysuszony, jaskiniowy grzyb. Nie ma żadnych punktów. Jest tylko ten laptop i słoik.
W jaskini zapadła absolutna cisza, przerywana jedynie cichym, piskliwym szumem nietoperza. Miliarder przetwarzał dane rynkowe. Rzeczywistość uległa gwałtownej zmianie, jednak dla wizjonera był to jedynie kolejny kryzys wizerunkowy, który należało przekuć w sukces marketingowy.
— Skoro zasoby białka z tyłu jaskini uległy decentralizacji, musimy przeformatować nasz model agrotechniczny — oznajmił Elon lodowatym, pewnym siebie głosem. — Nietoperze i szczury to przestarzała technologia oparta na węglu. Od jutra przechodzimy na fotosyntezę syntetyczną.
Technik uniósł brew, nie zdejmując gogli spawalniczych.
— Fotosyntezę, szefie? W jaskini bez słońca?
— Właśnie tak. Skoro jaskrawy fiolet mojego garnituru tak doskonale kontrastuje z seledynową łuną płonących desek rozdzielczych Tesli, zaobserwowałem na materiale zjawisko mikro-absorpcji fotonów — perorował CEO z głębokim przekonaniem. — Moja marynarka działa teraz jak zaawansowany panel słoneczny. Sam, odetnij mały kawałek materiału z lewej nogawki, zamarynuj go w solance po ogórkach i podaj ludziom z tyłu jaskini jako wysokobiałkowy, fioletowy substytut liofilizowany. Estetyka marki ich nasyci, a my zachowamy integralność biologiczną mojego rdzenia.
Sam popatrzył najpierw na sztywną od soli fioletową nogawkę, potem na wiszącego na drutach grzyba, a na końcu na migający ekran. Rzeczowa, korporacyjna logika szefa była tak absurdalnie spójna, że po prostu skinął głową, wracając w tryb pełnego profesjonalizmu. Sięgnął po tasak, lśniący od kryształków soli.
— Słuszna decyzja operacyjna, Sir. Tekstylna dystrybucja kalorii pozwoli nam utrzymać stały poziom zatrudnienia w sektorze jaskiniowym — stwierdził rzeczowo Sam. — Małe porcje fioletu szybciej przejdą kwasem w słoiku, co ułatwi trawienie. Tnę ściśle wzdłuż linii kroju, żeby zachować spójny styl firmy .
— Działaj — rzucił krótko wizjoner, spinając mięśnie karku. — I podkręć stymulację.
— Rozumiem. Odciął fioletowy kwadrat z nogawki, wrzucił go do bulgoczącej solanki i odłożył tasak. Na polecenie Elona awansował do rangi kierownika jednoosobowego działu jakości, rzetelnie testując pierwszą partię fioletowego substytutu liofilizowanego przed wdrożeniem go do masowej dystrybucji w Dzikim Sektorze. Minęła godzina. Nadal żuł twardy jak podeszwa, kwaśny kawałek materiału, a w jego brzuchu wciąż głośno burczało. Wynik audytu był katastrofalny. Fioletowy Kiton K50, wbrew marketingowym obietnicom wizjonera o „estetyce marki nasycającej żołądki”, nie zaspokajał realnego głodu. Techniczna próba oszukania biologii za pomocą luksusowego wigonia i marketingu okazała się bezużyteczna. Miał już serdecznie dość tego gościa, jego wykresów i wiecznego stania w bezruchu pod miedzianym oplotem.
II SYSTEM "JERKY"
— Szefie, mam kolejny raport — zaczął ponuro Paspartou, po dwóch tygodniach ścisłego postu. — Pyrki w ogóle nie wschodzą. Nawet jak świecę na nie ekranem starego iPhone'a na ostatnich trzech procentach baterii, te cholerne bulwy odmawiają fotosyntezy. Co gorsza, nasze zapasy ogniw kwasowo-ogórkowych drastycznie zmalały. W solance dryfują już tylko trzy sztuki, a bez kwasu system padnie przed końcem kwartału.
Elon patrzył prosto przed siebie, całkowicie odklejony od fizycznej rzeczywistości, święcie przekonany, że planuje kolejną genialną kampanię wizerunkową premium. Nie miał pojęcia, co Paspartou właśnie kombinuje.
— W takim razie musimy przeprowadzić natychmiastową monetyzację zasobów własnych na rzecz społeczności — oznajmił miliarder z głębokim przekonaniem. — Sam, podejdź do zardzewiałej obudowy serwera głównego. Pod dolnym panelem powinieneś znaleźć ukryte rezerwy.
Sam Paspartou podszedł do sypiącego się od rdzy korpusu maszyny, uklęknął na twardej skale i wetknął dłoń w szczelinę wentylacyjną. Po chwili wyciągnął stamtąd plik małych, aluminiowych saszetek z nadrukiem: „Neuralink Minerals – Sól Kamienna Premium dla Innowatorów”.
— Znalazłem, szefie. Konserwant korporacyjny, nienaruszony — zameldował Sam, wstając i otrzepując saszetki z popiołu.
W zapadniętych policzkach technika drgnął mięsień. Spojrzał na lśniące kryształki soli, potem na fioletowe, wciąż dobrze odżywione udo Wizjonera. Przetrwanie wymagało poświęceń – a Elon właśnie wystawił fakturę. Plan ułożył się w jedną, spójną, rzeźnicką całość.
— Doskonale — perorował Musk lodowatym, czysto technicznym głosem. — Wdrożymy pilotażowy program fioletowej subskrypcji kalorycznej premium. Estetyka marki ich nasyci, a my zyskamy czas na dokończenie transferu świadomości.
— Szefie — odezwał się Sam, zniżając głos do tonu absolutnej, profesjonalnej aprobaty i ważąc w dłoni chirurgiczny tasak. — Przeprowadziłem szybką reestymację pańskiej propozycji biznesowej. Dalsza konserwacja pańskiej tkanki generuje zbyt wysokie straty energii na chłodzenie i nawilżanie. Ponadto system ładuje się w tempie zero zero jeden procenta na minutę. Do setki dojdziemy za jakieś dwa miesiące. Jeśli spróbujemy wdrożyć tę subskrypcję w całości od razu, zabraknie nam ognia z desek rozdzielczych, mięso zgnije i stracimy cały kapitał początkowy.
Elon przeniósł wzrok podświetlony seledynowym blaskiem na Technika.
— Mów jaśniej, Sam. Co proponujesz w kwestii struktury wdrożenia?
— Format jerky, szefie — wyjaśnił Technik z absolutną, kamienną powagą, podczas gdy ślina napływała mu do ust na samą myśl o jedzeniu. — Przechodzimy na głęboką, etapową optymalizację strukturalną. Ćwiartowanie selektywne. — Prawdziwy lider nie tylko zarządza. Prawdziwy lider sam staje się produktem. Jeśli odetniemy... powiedzmy, lewą łydkę, i wdrożymy ją do Systemu Jerky, stworzymy produkt absolutnie kultowy. Musk-Jerky: Edycja Limitowana. Jeśli teraz Pana napocznę, zaczynając od lewej stopy - odwodnione mięso będzie stawiać mniejszy opór elektryczny, a my zaoszczędzimy cenne zasoby jaskiniowe.
Elon Uniósł brew pod aluminiowym hełmem. Nietoperz nad jego głową zaniepokoił się, lekko rozpościerając skrzydła.— Sugerujesz, że...?
— Ma pan absolutną rację, szefie. Analizowałem raporty kwartalne — zaczął Sam, przybierając ton uniżonego doradcy. — Zewnętrzni dostawcy szczurów są niewydolni. Jeśli chcemy zachować pełną niezależność i pionową integrację marki, musimy postawić na zasoby wewnętrzne. Na kogoś, kto ucieleśnia misję firmy. Kto ma w sobie ten unikalny, wizjonerski gen luksusu.
— Chcesz mnie ususzyć?
— Napocząć, zamarynować w solance z słoika i zawiesić na miedzianych drutach obok torebek Liptona — potwierdził z absolutną, profesjonalną powagą. — Usunięcie wody z organizmu usztywni magistralę i pozwoli nam całkowicie odciąć systemy podtrzymywania życia. Czysty, suchy procesor węglowy.
— Jak wpłynie to na przepustowość Neuralinka?
— Wzrośnie o zero koma dwadzieścia trzy procent. — odparł Sam, sięgając po wielki, zardzewiały hak wędzarniczy, wykuty kamieniem z pręta zbrojeniowego. — Transmisja ruszy z kopyta. No i zaoszczędzimy na lunchu.
— Zostaw ramię do ręcznego resetu magistrali i głowę — zastrzegł CEO lodowatym głosem, jakby wydawał polecenie redukcji etatów w fabryce. W jaskini słychać było jedynie piskliwy, monotonny szum nietoperza, którego uszy wciąż rotowały w przeciwnym kierunku. Wizja stania się ludzką, fioletową paszą wiszącą nad ogniskiem z Tesli miała w sobie surową, biznesową logikę, której nie mógł zignorować. — I tnij precyzyjnie wzdłuż szwów. Nie chcę, żeby ucierpiała estetyka marki.
— Oczywiście, szefie. Wszystko zgodnie z architekturą brandu — dodał technik.
Bez mrugnięcia okiem dopasował krokodylki do miedzianych drutów na szyi Elona, aby nie uszkodzić suszonego grzyba, splunął na masywny uchwyt, po czym uniósł tasak wysoko nad sztywną od soli, fioletową nogawkę, gotów wreszcie solidnie się najeść.
Tasak opadł z suchym, czystym trzaskiem...
Od dnia, w którym Elon autoryzował przejście na format jerky, ekosystem jaskini uległ spektakularnej samoregulacji. Populacja nietoperzy przestała gwałtownie spadać; uwolnione od rzeźnickiej presji ssaki gęsto oblepiały teraz sklepienie, a tysiące skórzastych skrzydeł szeleściło w mroku niczym giełdowe papiery wartościowe.
Sam Paspartou również notował doskonałe wskaźniki życiowe. Odkąd struktura garnituru została zamrożona w solnym pancerzu, Technik nie musiał już łatać tkaniny. Na głowie odrosła mu gęsta, lśniąca grzywa czarnych włosów, które dumnie opadały na fartuch. Wyglądał zdrowo, wręcz korporacyjnie dostatnio, zyskując blask, jakiego nie powstydziłby się żaden dyrektor operacyjny średniego szczebla.
Na długich, fioletowych, jedwabnych sznurach, przeciągniętych w poprzek jaskini, podrygiwały i szeleściły ususzone kawałki brązowawego jerky. Problem logistyczny dotyczący zaopatrzenia został czasowo rozwiązany. Sam przeciągnął się wygodnie na leżaczku ze skóry, pedantycznie wyczyszczonej krzemiennym skrobakiem. Stelaż z kości delikatnie zatrzeszczał. — Niedługo wiosna, może pyły opadną? – pomyślał.


Komentarze
Prześlij komentarz